FREESTYLE.pl: logo [F -ka] FREESTYLE.pl: logo

Tu jesteś: FREESTYLE.pl >  Sport >  Artykuły >  Możemy być bohaterami

Artykuły

Możemy być bohaterami

Od:
Claudia 
Data:
13 listopada 2010, 18:55
Ocena:
Ocena 5.00
205 kilometrów przez wzgórza Toskanii – L’Eroica, czyli najbardziej wyczerpujące, amatorskie, zawody rowerowe we Włoszech. Nie brzmi strasznie? Jest jednak jedno “ale”. Twój rower musi mieć przynajmniej 20 lat!

Spośród wielu ludzi, którzy podzielali moje wrażenie o nadchodzących kłopotach, zdanie pewnego Niemca, którego zeszłej nocy poznałem w pizzerii uderzyło do mnie najbardziej. „Zginiesz”, powiedział tak pewnym tonem jakby mówił, że ubrałem koszulkę na lewą stronę. „Widziałeś te góry?”.

L'Eroica 1

Jednodniowy wyścig kolarski znany jako L’Eroica (“Bohaterski") odbywa się każdego roku w październiku w winiarskim regionie Włoch – Chianti. Jest to pewnego rodzaju święto długodystansowego kolarstwa z czasów, gdy w tym rejonie „wojownicy” w wełnianych swetrach wylewali siódme poty, by na łysych oponach pokonywać tak długie dystanse w tak górzystym terenie. Każdy może wziąć udział w wyścigu, oczywiście, pod warunkiem, że twój rower ma przynajmniej 20 lat.

Uczestnicy mają do wyboru kilka dystansów: 38, 75, 135 lub 205 km. W pokonaniu trasy pomogą im tak swojskie „używki” jak chleb, prosciutto (szynka) i Chianti (wino) serwowane przez kobiety i mężczyzn ubranych w epokowe stroje. Jest to nie tylko wyścig, ale także okazja do sprawdzenia swoich sił, osiągnięcia zamierzonego celu, pełna historycznych inscenizacji oraz piękna toskańskiej przyrody. Czy potrzeba więcej powodów?

Jednak, jak każdy prawdziwy zawodnik, kiedy przyjechałem do Gaiole w Chianti, miejscowości w której rozpocznie się wyścig, miałem w głowie długą listę pytań. Mimo drobnych wysiłków, a jeszcze lepszych intencji, nie trenowałem zbyt dużo. Przeziębienie wykluczyło mnie  z treningów na dwa tygodnie przed wyścigiem, a  stary rower okazał się, jakby to łagodnie powiedzieć, lekko za stary.

L'Eroica 3

Odpowiedni rower znalazłem dopiero na dwa dni przed rozpoczęciem wyścigu – już we Włoszech, 40 minut na zachód od Gaiole w Chianti. Podczas, gdy miłośnicy oldschool’owych rowerów składali swoje błyszczące, wyglądające jak nowe rowery z odrestaurowanych  części, ja właśnie dowiadywałem się, że mój piękny bordowy Moser jest zepsuty.  Właściciel sklepu rowerowego powiedział mi, że mój rower wygląda na weterana wyścigu L’Eroica. Sam już nie wiedziałem, czy mam się cieszyć, czy płakać. Nie do końca przekonany wmówiłem sobie jednak, że pomimo kilku wad, mając przy sobie takiego weterana, na pewno dojadę do mety.

Prawdę mówiąc, nie miałem absolutnie pojęcia co robię. Najdalsza trasa jaką kiedykolwiek przejechałem, mierzyła 64 km. Nigdy nie startowałem w wyścigu kolarskim. Właściwie to kompletnie nie znam się na rowerach. Podczas awarii jedyne co mógłbym naprawić, to przebita opona, co i tak zajęłoby mi mnóstwo czasu; jedyną opcją byłoby poprosić o pomoc innego uczestnika. Przyszło mi do głowy, że jestem jak jeden z tych pisarzy, który wyjeżdża za granicę by udowodnić swoją zdolność do adaptacji za cenę bólu i wstydu. No dobra, oto co pamiętam.

5.20 / 0KM: Po wypiciu espresso w małej kawiarnii przy runku w Gaiole udaję się na linię startową, gdzie organizatorzy sprawdzają mojego Moser’a – na szczęście z pozytywnym werdyktem. Wystartowałem. Obok mnie 40 rider’ów, wszyscy w porannym jeszcze półmroku powoli zmierzają do Sieny. Nigdy nie jechałem w tak dużym peletonie, więc ostrożnie trzymam się swojej ścieżki.

Atmosfera jest bardzo miła, nikt nie wydaje się myśleć o tym, że będzie pedałował przez następne 12 godzin. Po 12 km dojeżdżamy do pierwszego żwirowego odcinka. Górki zrobiły się nieco bardziej strome, więc coraz trudniej jest zauważyć dziury na coraz bardziej niebezpiecznej drodze. Moje palce oparte na hamulcach całkowicie zdrętwiały, próbuję na zmianę ogrzewać sobie ręce chowając je pod koszulę. Boję się by nie złapać gumy tak wcześnie, więc jadę ostrożnie, koncentrując się na oświetlaniu sobie drogi lampką umieszczoną na moim kasku.

Zaraz przed stromym wzgórzem większość zawodników zatrzymuje się, by poczekać na kolegów. Dobrze, że mogę odpocząć chociaż chwilę. Zaraz jednak ruszam odważnie do przodu. Nie może być przecież aż tak strasznie.

L'Eroica 5

7.55 / 48KM: Każdy wjazd na strome zbocza podczas minionych kilometrów odkrywał niesamowitą panoramę wzgórz pokrytych winoroślą i drzewkami oliwnymi, a gdzieniegdzie niczym małe kropki – stare farmy i zamki. Pomimo niektórych żwirowych odcinków, to była łatwa i przyjemna jazda – teraz nadszedł czas na śniadanie…

Temperatura jest idealna. Zdejmuje swoje ocieplacze, chowam kask i podbijam kartę wyścigu. Dołączam do grona kilkudziesięciu uczestników, którzy właśnie rozkoszują się świeżym chlebem, galaretką, Nutellą, bananami, prosciutto, sokiem, herbatą i kawą. Ah, Włochy! To jest przepyszne. Zdecydowałem się zachować swoje ukryte batoniki energetyczne na później.

Patrzę na drugą stronę swojej karty wyścigu, aby przeanalizować dalszą trasę. Szczególną uwagę zwracam na trudne podejście przed Montalcino – najdłuższa wspinaczka podczas całego wyścigu – które zacznie się za jakieś 30 km. To właśnie tam spotkam się z 15% uczestników, którzy zwykle docierają do tego miejsca. Napełniam swój bidon i przygotowuję się na długą drogę przez kurz i wyboje.

8.15 / 53KM: Katastrofa. Po 5 km żwirowych wibracji przerwał mi się kabel od przedniej przerzutki. Podczas gdy badam usterkę, podjeżdżają do mnie dwaj Amerykanie i pytają, czy nie mam przypadkiem klucza do łańcucha. Jeden z nich, wąsaty gigant – jak wielu uczestników, pewnie uznał wyścig za szansę na poeksperymentowanie ze staroświeckim zarostem, który nawet mu pasował – widząc moje nieudolne próby naprawy zasugerował mi wywalenie kabli za pomocą multitool’a, którego właśnie pożyczałem jego koledze. Uśmiechnąłem się zawstydzony. Jestem gościem z dobrym sprzętem i brakiem umiejętności – nienawidzę tego gościa!

„Ratujesz mi życie”, mówi jego kolega oddając mi narzędzie. Zostały mi tylko 3 biegi. Jakiekolwiek nadzieje na wolniutki, lekki podjazd, a później szybki zjazd w dół zostają porzucone. Teraz muszę wybrać, na którym z przednich biegów przyjdzie mi jechać do końca; widząc znajdujące się przede mną, niekończące się wzgórza wybieram „mniejsze kółko”.

Stracę masę czasu, ale to nie jest najważniejsze. Zaczynam ostrożnie. Żwir staje się drobniejszy, skały ostrzejsze, a dziury głębsze. Zostało tylko 150 km! Mijam wielu rider’ów łatających przebite dętki, modląc się, by nie przytrafiło mi się to samo.

L'Eroica 7

9.45 / 75KM: “Zapomnij o tym”, mruknąłem zeskakując z roweru. Rozpoczęła się wspinaczka na Montalcino. Zdecydowałem, że jeśli spróbuję pedałować pod górę, to umrę ze zmęczenia. Uświadamiam sobie, że chociaż prowadzę rower i poruszam się bardzo wolno, to nikt mnie nie mija. Jak na ironię, kilka chwil po tym grupa zawodników z zaciśniętymi zębami i do granic możliwości napiętymi mięśniami, mija mnie na rowerach i znika za najbliższym wzniesieniem. Wiem, że nigdy ich nie dogonię, mimo, iż niektórzy z nich są przynajmniej dwa razy starsi ode mnie!

17.55 / 146KM: W trzech czwartych wyścigu tylko dwie rzeczy sprawiają, że jadę dalej: prowiant i widoki. Niestety, marchewki, podobnie jak batoniki energetyczne, które regularnie spożywam stały się mniej skuteczne. Jakikolwiek większy podjazd wywołuje u mnie jęk zmęczenia, na który rower odpowiada stałym zgrzytaniem i skrzypieniem.

Wymęczyłem wyjazd na szczyt Monte S.Marie. Modlę się, by moje ciało i rower wytrzymały.

L'Eroica 8

18.45PM / 159KM: Dojeżdżam do przedostatniego punktu kontrolnego, który jest również ostatnią szansą na posiłek. Z lekko już opustoszałych stołów wnioskuję, że jestem raczej w końcowej części stawki. Dwóch znajomych Niemców z obiadu opowiadają mi o chorym koledze, na którego musieli czekać ponad godzinę i przez to są tak daleko z tyłu.

„Przed nami kolejna duża góra”, mówię z nadzieją, że podzielą mój strach. Niemcy czekają na mnie, kiedy raczę się ostatnimi łykami wody i łapię oddech. Kilometr dalej zaczyna się góra, a moi koledzy znikają mi z oczu. Nie mam już praktycznie nic do stracenia.

19.30 / 205KM: Czternaście godzin, trzy prawie-omdlenia i 3800 m wspinaczki. Przekraczam linię mety w Gaiole w Chianti. Pokryty kurzem i odrętwiały przypominam sobie co powiedział mi Amerykanin, po tym jak pomógł mi naprawić kable od przerzutki. „Ukończyć wyścig na trzech biegach? To byłoby epickie stary!”.

Opieram rower o ścianę. Jestem wykończony, lekko oszołomiony, ale w tym momencie jestem bohaterem.


Tekst oryginalny: Sam Polcer, Zdjęcia: Peter DiAntoni, Źródło: Ryanair Magazine (September - October 2010)

Dostępne w kategoriach

bike mtb sport

Komentarze

:     :    
Chcesz się wychylić i skomentować? - zaloguj się! ...a jak nie masz konta to dołącz do nas!

Podziel się



Najnowsze  






Ostatnio dołączyli

Co się dzieje na FREESTYLE'u

  • alik
  • Skejcik
  • VIENIO
  • Forfiter
  • mgl
  • Redakcja
  • lotar
  • Jakub Kosmowski
  • Macko
  • ursula5198
  • laineqtfz
  • ysqaz62
  • troy5166
  • swaldebht7
  • vezxu89
  • flkid12
Serwis używa plików cookies, aby mógł lepiej spełniać Wasze oczekiwania. Zamknij i nie pokazuj więcej tego komunikatu
Więcej informacji w naszej Polityce prywatności